Od wymówek do Ruta de las Fortalezas

with Brak komentarzy

Są zdarzenia w życiu, które w jednej chwili zmieniają je o 180° i już nic nie jest takie, jak wcześniej. Dla mnie jednym z nich było wejście na Merapi. To właśnie tam, na szczycie wulkanu, przy pierwszych promieniach słońca podjęłam decyzję, która doprowadziła mnie tutaj, na Metę Ruta de las Fortalezas 2018.

Zaneta i Fran

Niechęć do sportu i wymówki

Gdy sięgam pamięcią wstecz przed oczami staje mi obraz chudziutkiej dziewczynki stroniącej od wszelkiego rodzaju aktywności fizycznej. Myślę, że moja niechęć do sportu narodziła się w podstawówce, kiedy to jako jedna z najszczuplejszych dziewczyn w klasie, szybko się męczyłam i zawsze zostawałam w tyle. Lekcje wychowania fizycznego były wtedy dla mnie koszmarem. Nie lubiłam ich, więc starałam się za wszelką cenę unikać, przez co było jeszcze gorzej. Kółko napędzających się negatywnych przekonań zamknęło się. W gimnazjum i liceum działałam na zasadzie „byle zaliczyć na 4 i mieć spokój”. Na studiach wystarczyła obecność na zajęciach żeby dostać wpis, więc też chodziłam na nie, ale bez większego zaangażowania i entuzjazmu. Przez lata miałam w głowie obraz siebie jako osoby nie nadającej się do sportu. Latem 2013 roku, zupełnie przypadkiem, podczas kontrolnych badań przed wyjazdem na projekt wolontariatu, okazało się, że mam niedoczynność tarczycy. Nagle puzzle zaczęły do siebie pasować: problemy z utrzymaniem odpowiedniej wagi, ciągłe zmęczenie, obniżona kondycja, zerowa wydolność organizmu. Niedoczynność tarczycy stała się moją najlepszą wymówką do nieuprawiania sportu, szczególnie, że lekarz zasugerował, iż pewnie towarzyszy mi ona od okresu dojrzewania.Kolejne lata karmiłam się więc myślą, że przez wzgląd na chorobę mam „usprawiedliwienie” od aktywności fizycznej.

Początki zmian: Wyzwanie Kamili Rowińskiej

Rok 2016 był przełomowy. Niedoczynność na dobre rozgościła się w moim ciele siejąc w nim nie małe spustoszenie. Poranki były torturą, w połowie dnia bez kawy byłam zoombie, a wieczorem padałam na twarz lub wręcz przeciwnie męczyła mnie bezsenność. Z ulgą wyjechałam na wakacje licząc w duchu na odpoczynek. Tyle, że już drugiego dnia zmieniliśmy plan i wspięliśmy się na Górę Ognia. Zrobiłam to! Weszłam w nocy 3000m, na wierzchołek wulkanu, a oglądając najpiękniejszy wschód słońca podjęłam decyzję o zmianie i udziale w Wyzwaniu Kamili Rowińskiej, o którym czytałam przed wyjazdem na Facebooku. Wyzwanie trwało rok. Zaczynaliśmy od chodzenia, później marszu, truchtu, na przebiegnięciu 10km co drugi dzień kończąc. Tak powoli rodziła się pasja. Z każdym kolejnym treningiem odkrywałam w sobie więcej siły. Kondycyjnie na początku byłam w czarnej d***e, ale konsekwencja, chęć ukończenia kolejnych etapów i udowodniania samej sobie, że mimo wszystko dam radę, były silniejsze niż wiatr, deszcz, mróz, piekące słońce czy kolejne zakwasy. 31 sierpnia 2017 roku świętowałam ukończenie wyzwania wraz z 41 innymi osobami (z ponad 2300 uczestników biorących w nim początkowo udział). Nic nie było w stanie mnie wtedy zatrzymać.

Treningi endomondo wrzesien 2016 - kwiecien 2018

Odważne marzenie: Ruta de las Fortalezas 2018

Roczne wyzwanie Kamili Rowińskiej skończyło się, a ja nie mogłam powiedzieć już „nienawidzę biegać”. Uświadomiłam sobie, że wychodzenie na jogging nie tylko wzmacnia moje ciało, ale buduje wewnętrzną siłę, pozwala na uporządkowanie myśli, wyciszenie. Te 30/45min pozwalały czasem wyrzucić z siebie złość, czasem przemyśleć pewne sprawy, a czasem po prostu pobyć samej ze sobą. Bieganie stało się formą medytacji. Zamarzyłam o pokonywaniu długich dystansów biegowych. Ja! Kanapowe burito, leniwiec i mistrz wymówek, którym kiedyś byłam. Dlaczego akurat ten bieg? Dlaczego Ruta de las Fortalezas w Cartagenie? Odpowiedź jest prosta: Cartagena to rodzinne miasto Frana, ja kocham Hiszpanię i góry, a dystans ponad 50km stanowił ogromne wyzwanie. W pierwszym tygodniu stycznia 2018 zarejestrowaliśmy się oboje z Franem na stronie biegu i rozpoczęliśmy konkretne przygotowania: zakup porządnego obuwia, regularne treningi 10, 15, 20 i 30 kilometrów,  zmianę sposobu odżywania, odpowiednią suplementację oraz pracę nad „głową”, czyli czytanie i oglądanie filmów o biegaczach długodystansowych żeby dowiedzieć się jak pokonać chwile zwątpienia, które na 100% miały się pojawić.

Wielki dzień: Ruta de las Fortalezas – 14 kwietnia 2018

Wystartowaliśmy o 8:05 z portu w Cartagenie. Ponad 3800 uczestników biegu ruszyło, by na trasie 55km pokonywać swoje słabości, udowadniać, że niemożliwe nie istnieje, że nasze ciała potrafią więcej niż podpowiadają umysły. Atmosfera biegu była niesamowita. Radość, życzliwość, uśmiechy. Endorfiny czuć było w powietrzu od samego początku. Pierwsza góra – Sierra Gorda – przyszła mi z łatwością. Podejście szybkim marszem. Na szczycie co prawda straciliśmy około 30 minut gdyż strome zejście zakorkowało się w mgnieniu oka, ale gdy tylko troszkę się odetkało ruszyliśmy biegiem w dół, by za chwilę zaatakować Monte Calvario. Znów podejście marszem, zgodnie z naszą strategią by pod górę iść, a w dół starać się zbiegać. Nie opuszczał mnie dobry humor choć dawało się już we znaki mocne słońce.

Monte San Julián – góry, morze i kolejne kilometry

Następnie przyszła kolej na Monte San Julián i znajdujący się na niej zamek z XVIII wieku. Widoki z tej góry dodawały sił, zejście w kierunku plaży ułatwiała chłodna bryza. Ten etap biegu był zdecydowanie moim ulubionym. Byłam w połowie i było cudownie! Z jednej strony morze, z drugiej góry oraz miasto. Kilometry 30-35 przecinały centrum Cartageny. Jakże ucieszyłam się na widok naszych znajomych machających do nas na placu San Francisco. Uściski, buziaki, krótka rozmowa, napełnienie butelek wodą i do przodu. W porcie przemysłowym fotograf cyknął nam całkiem romantyczne zdjęcie…ciekawe czy uda mi się je znaleźć. Potem zaczęło się prawdziwe zmaganie ze sobą.

Ponad połowa trasy Ruta de las Fortalezas – trudne chwile

Po opuszczeniu NAVANTIA czekało nas najdłuższe, najbardziej kręte, asfaltowe podejście do Castillo Galeras. To właśnie w tym momencie przypomniałam sobie słowa taty Frana: „Najdą Cię myśli, że po co to wszystko, że droga nie ma końca, że góra wysoka, stroma a tchu brak. Właśnie wtedy po prostu idź do przodu i staraj się nie dopuszczać tych wątpliwości do siebie”. Kilometr 40 zmęczenie, wysoka temperatura, słońce i pierwsze uczucie ciężkości w klatce piersiowej, ale było jasne dla mnie dokładnie tak, jak to słońce, że na tym etapie nie ma już mowy o zwątpieniu. Więc szłam krok za krokiem, metr za metrem nie wyczekując szczytu, ale ciesząc się z każdego pokonanego zakrętu. Prawdziwa próba charakteru pojawiła się 5km dalej przy pierwszej styczności z Atalaya.

Zwątpienie na Monte Atalaya

Monte Atalaya była wisienką na torcie…kwaśną wisienką. 45km kilometr, trasa prowadziła przez las, było parno, duszno, stromo – napięcie i zmęczenie sięgało zenitu. Miałam wielką nadzieję, że nie będzie trzeba się wspinać. Ohh jak bardzo się przeliczyłam. Atalaya okazała się bezlitosna, leśny odcinek był tylko wstępem do stromej ściany, kamienisto-skalnego podejścia. Szłam wolniejszym tempem bo ciężko mi się oddychało, spojrzałam w górę, zobaczyłam, co mnie czeka i opadłam z sił. Mniej więcej w 1/3 drogi zatrzymałam się, usiadłam na kamieniu żeby złapać oddech i na moment straciłam nadzieję. Fran mówił coś do mnie z odległości 10 może 15 metrów, ale go nie słuchałam. Nie wiem skąd wyrósł nade mną młody żołnierz i podając rękę powiedział: „Widzę, że nawet Twój chłopak nie jest w stanie Cię przekonać żebyś wstała…Co Ty na to, jeśli podejdziemy 50m do góry razem, krok w krok, a później zrobisz, co zechcesz.” Nawet nie zapytałam go jak się nazywa, ale jestem mu bardzo wdzięczna za te wspólne 50 metrów. Wróciłam na trasę i stawiłam czoła Atalayi oraz samej sobie. Skoro pokonałam tę górę, to ostatnie kilometry też dam radę przebiec. Zbiegałam z trudnościami w oddychaniu, ale z uśmiechem na twarzy.

Zejscie Monte Atalata

Ostatnie kilometry Ruta de las Fortalezas – chwile, których nie zapomnę

Ostatni etap Ruta de las Fortalezas to mieszanina ogromnego zmęczenia, endorfin oraz świadomość zbliżającej się mety ale przede wszystkim piękne obrazy: mijanie biegaczy wchodzących na Atalaya i dodanie im otuchy, kwitnące drzewa pomarańczy i ich obłędny zapach, żołnierze bijący brawa, dzieci robiące zdjęcia, ludzie witający nas w mieście i częstujący zimnym piwem, okrzyki radości dochodzące z mety, widok rodziców Frana wyczekujących nas na jednym z zakrętów. Później było już tylko kilkaset metrów i upragniona META. Wbiegłam na nią z podniesionymi rękami. Tyle pamiętam. Radość, szczęście, duma, satysfakcja, miłość, wdzięczność, uściski z Franem, buziaki i założenie medali, przy którym prawie się popłakałam.Zaneta Fran meta Ruta de las Fortalezas 2018

Zaneta Fran buziak

Meta Ruta de las Fortalezas

Lekcje jakie wyciągam po Ruta de las Fortalezas:

  • nie daj sobie wmówić, że do czegoś się nie nadajesz – większość umiejętności wynika z pracy nad nimi, a nie predyspozycji
  • trening umysłu jest równie ważny, co trening mięśni
  • zadbaj o odżywianie, suplementację i nawodnienie – organizm zasługuje na to, co najlepsze
  • pozwól sobie pomóc – nie rób z siebie super hero, marsz pod górę do żadna hańba
  • marzenia spełnia się działaniem, masz cel? zrób plan i zacznij go wprowadzać w życie dzień po dniu
  • porównuj się z sobą samym, nie z innymi
  • okazuj życzliwość, wdzięczność i uśmiechaj się do ludzi – nawet najtrudniejsze chwile znosi się lżej w miłej atmosferze

Zdjęcia pochodzą z archiwum własnego, Bernardo Vicente CisnerosFrancisco Cortina Garcia oraz No Me Abandones En La Cima

Leave a Reply