Nocna wspinaczka na Górę Ognia

with Brak komentarzy

Rozrzucona na ponad 13 000 wysp Indonezja jest najbardziej zagęszczonym, pod względem ilości wulkanów, krajem na świecie. Znajduje się ich tam ponad 330. Planując podróż z góry odrzuciliśmy pomysły wspinaczki na którykolwiek z drzemiących olbrzymów. Jednak będąc w Jogji nasz plan uległ diametralnej zmianie. I tak zamiast zobaczyć świątynię Borobudur zdobyliśmy Gunung Merapi – Górę Ognia.

Chwila odpoczynku na szlaku

Tego dnia spacerując po mieście ciągle rzucały nam się w oczy oferty agencji turystycznych oferujących wycieczki w obrębie całej Jawy. Po wielu godzinach zwiedzania, idąc już do hostelu, zobaczyliśmy kolejne biuro. Różniło się od pozostałych – na zewnątrz nie było żadnych reklam ani zdjęć. Weszliśmy do środka. Przywitał nas uśmiechnięty Indonezyjczyk. Wytłumaczyliśmy, że pojutrze z samego rana mamy lot na Bali, ale myślimy nad trekkingiem w okolicy. Mężczyzna zmierzył nas wzrokiem jakby oceniając naszą kondycję po czym, łamanym angielskim, powiedział: „Musicie zobaczyć wschód słońca na szczycie Gunung Merapi”.

Decyzję podjęliśmy w 3 sekundy, nawet nie pytając się nawzajem o zdanie. Było jasne, że idziemy. Tak! Będziemy wspinać się na jeden z najaktywniejszych wulkanów w regionie, bez żadnego wcześniejszego przygotowania.

Punktualnie o 21:00 przyjechał po nas pickup. W środku czekali współtowarzysze – 2 młodych Malezyjczyków. I tu zapaliła mi się pierwszy raz czerwona lampka. Chłopaki wyglądali bardzo pro. Czołówki, buty trekkingowe, ciepłe kurtki ba! nawet kijki. Na ich tle prezentowaliśmy się jak dwójka wariatów – w new balansach i wiatrówkach.

Droga z Jogji do Selo (ok. 50km), gdzie rozpoczyna się szlak, minęła nam szybko i przyjemnie. Podjazd do wioski u stóp wulkanu jest co prawda dosyć wąski, stromy i wyboisty, ale nie przeszkadzały nam te ciągłe podskoki. Tuż przed 23:00 dojechaliśmy na miejsce. Jak się okazało, tej nocy śmiałków chcących zmierzyć się z Górą Ognia było więcej. W małym salonie przydrożnego hosteliku zebrało się 20 turystów oraz lokalni przewodnicy. Po 1 na 3 osoby. Nie muszę dodawać, że WSZYSCY byli znacznie lepiej zaopatrzeni od nas? Równo o północy, po ostatnim łyku ciepłej, obrzydliwie słodkiej herbaty, wyruszyliśmy.

Oto jak przebiegała nasza wspinaczka na Górę Ognia – Wulkan Merapi

Początkowo trasę stanowiła szeroka szosa, która szybko zmieniła się w betonowe chodniki. Następnie szliśmy wąską, krętą ścieżką. Ponoć otaczały nas uprawy tytoniu, było jednak zbyt ciemno by cokolwiek zobaczyć. Ostatecznie szlak przybrał kształt stromego, skalistego podejścia. Sporą jego część pokonywałam prawie ‚na czworaka’ nie mogąc jednocześnie wyjść z podziwu nad naszym przewodnikiem skaczącym między głazami niczym młoda kózka, z latarką w jednej, a papierosem w drugiej ręce. Znał każdy kamień jak własną kieszeń. Dopiero podczas pierwszego postoju zorientowałam się, że część grupy zostawiliśmy w tyle. Skupiona na niewielkim, oświetlonym przez czołówkę (na szczęście, dostaliśmy je w schronisku) kawałku ziemi pod nogami, myślałam tylko o jednym: „pokonać następny odcinek”. Nie pamiętam ile ich było, może 7, a może 9. W końcu dotarliśmy do płaskiego, pozbawionego drzew Pasar Bubran. Dochodziła 4:00 nad ranem. Temperatura spadła o kilka stopni i zimno dawało mi się we znaki. Byłam zmęczona. Bardzo zmęczona. Nasz przewodnik wskazał w oddali cel wspinaczki – zarys dymiącego olbrzyma ledwie dostrzegalny w mroku – dodając, że jeśli chcemy zdążyć przed wschodem musimy zwiększyć tempo.

Krater Wulkanu Merapi

Kamienisty szlak już po kilkunastu metrach przeobraził się w istny koszmar. Miałki popiół wulkaniczny pokrywający zbocze powodował, iż każdy nieuważny krok skutkował osunięciem się kilkadziesiąt centymetrów w dół. Chociaż odcinek ten nie jest długi (w porównaniu do wcześniejszych) pokonanie go wymagało ogromnego wysiłku. Gdyby nie kołatająca w mojej głowie myśl: „dojdziesz do celu, będziesz na szczycie przed świtem” nie wiem jak odnalazłabym w sobie wystarczająco dużo siły by przedostać się przez te zdradzieckie piaski. A po nich były jeszcze skały. Twarde, ostre i śliskie od porannej rosy. Ale wtedy determinacja zagłuszała we mnie strach. Liczyło się tylko dotarcie na szczyt.

Drogra przez popiół wulkaniczny

Na 10 minut przed świtem zdobyłam Górę Ognia! A wraz ze mną 5 osób, z naszej 20 osobowej grupy. Reszta została gdzieś po drodze. Kręciło mi się w głowie od nadmiaru wrażeń – przerażenie, bo od krateru dzieliło nas zaledwie 2 metry – mieszało się z zachwytem. Widok był nieprawdopodobnie piękny. Właśnie rozpoczął się taniec kłębiastych, białych chmur przy akompaniamencie pierwszych promieni słońca, a to wszystko tuż pod naszymi stopami. Zapomniałam o zimnie i zmęczeniu. Delektowałam się tym bajkowym spektaklem natury. Przez chwilę nie byłam niczym więcej niż parą kontemplujących oczu. To była magiczna chwila.

Dymiący krater wulkanu Merapi

My na szczycie - prawie 3000 metrów

Wschód słońca ze szczytu wulkanu

Wschód Słońca Wulkan Merapi Java Indonezja

Zejście z wulkanu to dokładnie ta sama trasa z tą różnicą, że w dół. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo szlak ten jest niebezpieczny. Pod osłoną nocy, kiedy nie miałam pojęcia, co znajduje się dookoła i jak wysoko jesteśmy, strach przed potknięciem był znacznie mniejszy. Teraz skały złowieszczo czyhały na choćby najmniejszy niewłaściwy ruch. Nie bez powodu w kwietniu 2016 trasa została oficjalnie zamknięta. Chociaż o tym dowiedziałam się dopiero po fakcie.

Ganung Merbabu

Już bez presji i pośpiechu podziwiałam otaczającą wulkan scenerię. Niemal księżycową w pobliżu krateru, obłędnie zieloną dżunglę i uprawy tytoniu na zboczach góry. Droga powrotna do Selo dostarczała równie ekscytujących przeżyć, co mordercza wspinaczka. Cudownie było obserwować budzącą się do życia naturę.

Widok na ścieżkę

Kobieta dźwigająca liście tytoniuUprawa tytoniu

Około 10:00 dotarliśmy do szosy. Na szczęście miejscowi układali właśnie liście tytoniu do transportu i widząc nasze zmęczenie zaproponowali podwózkę do hostelu. Jakże byłam im wtedy wdzięczna! Po powrocie do Selo padliśmy na hostelowej ławeczce. Ze snu wybudził nas syn gospodarza wskazując na stół, na którym czekało śniadanie. To były najlepsze naleśniki bananowe z czekoladą w moim życiu! Nawet herbata smakowała lepiej niż w nocy, chociaż prawie można było postawić w niej łyżeczkę w pionie. Byliśmy wyczerpani, ale szczęśliwi i dumni! Zapowiadało się na zakwasy wszechczasów.

Wspinaczka na Merapi mnie zmieniła. Poczułam się silniejsza. Ja, w tych adidasach, zupełnie wtedy bez kondycji, dałam radę! Uczucie ogromnej satysfakcji, które towarzyszyło mi na szczycie, powraca kiedy nie wszystko idzie zgodnie z moimi założeniami. Przypominam sobie wtedy determinację, z którą szłam na szczyt. Motywację, która pozwalała mi stawiać, mimo zmęczenia, kolejne kroki. I chociaż ktoś może powiedzieć, że tysiące turystów wspina się na Górę Ognia każdego roku dla mnie to było i zawsze będzie moje osobiste zwycięstwo.

Leave a Reply